* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 4 (34)
         GRUDZIEŃ 2008
         ISSN 1505-1676
literatura ukraińska, poezja ukraińska

o autorze
o tłumaczce
wstecz

Jurij Izdryk

7 stopni wolności

                  Wiersze wolne dla Anety

1.

Moje stosunki z kobietami
dość dokładnie oddają
moje stosunki z rzeczywistością,
co nie jest dziwne,
przecież kobiety to właśnie jest rzeczywistość,
a przynajmniej to jej przejście graniczne,
przez które wchodzimy tutaj
i przez które wyjeżdżamy na zawsze
w nieznanym kierunku.
W moich stosunkach z kobietami
jest dużo bezinteresowności i zaufania.
Rzadko urządzamy kontrole paszportowe
i nigdy nie wypełniamy deklaracji celnych.
Dlatego bardzo szybko znajdujemy się w sytuacji niepożądanych migrantów
albo i person non grata.
Dlatego najwięcej czasu spędzamy w strefach duty free,
gdzie wolnością jakoś nawet nie pachnie,
gdzie światło non stop tylko uwydatnia ciemność dookoła,
skąd nie ma dokąd się udać,
gdzie nie ma jak się obrócić,
nigdzie nawet palca wcisnąć,
gdzie dookoła - obcy mur.

Wyjaśnijcie jedno:
dlaczego ani razu nawet nie spróbowałem
przekroczyć granicy nielegalnie.
Przecież w mojej rzeczywistości jest tyle otworów,
przez które na pewno można przedrzeć się na zewnątrz.
(ps weźmy choćby tę fryzjerkę z Niżyna...)

 

2.

Kasza manna z mojego dzieciństwa
to zupełnie nie ta manna z nieba,
która uratowała Żydów na pustyni.
Moja kaszka - fałszywka.
Gliniasta i żółtawa
(a najgorsze - te grudki,
niedogotowane grudki,
nawet cukier nie pomaga).
Jedyne, na co ma się ochotę -
to cisnąć ją z powrotem,
do nieba:
jedzcie sami swoje produkty zastępcze,
a my już tu jakoś sami...
Ale atrapy nie latają.
Zero aerodynamiki,
zero fantazji,
nawet ptaki nie łykają.
Właśnie tak przerzucamy się z Twórcą,
grymasimy,
a to grzech.
A meteorolodzy na jutro znowu przepowiadają
wiatr zmienny,
pochmurno z przejaśnieniami,
poranna manna z nieba.
Bez pytań,
bez wyjaśnień.
I sugar free.

 

3.

W złożonym pojęciu
free lancer, bardziej mnie niepokoi
słowo lancer,
a nie free, jak można byłoby się spodziewać.
Znam jednego frilansera.
To straszne.
To naprawdę straszne.
Najstraszniejsze -
że to jest mój syn.
Jeździ światami,
zbierając przypadkowe fabuły,
przypadkowe wizytówki,
gubiąc paszporty, skarpetki
i strategiczne zapasy puli genowej.
Zostawia prezenty pod oknami
nieznajomych dziewczyn.
Okna nieznajomych dziewczyn -
to metafora czy oksymoron?
Mój syn - free lunch, sir.
Prawie jak - naked lunch, yer?
Mój syn pisze wiersze, sir.
Jeden z nich tak właśnie zatytułował:
Mój syn - frilancz, sir.
Chociaż nie ma jeszcze syna,
tylko nieroztrwonioną pulę genową,
którą tak nierozsądnie gubi razem
z paszportami i skarpetkami.
Jak Pan myśli,
czy naprawdę chodzi mi o pulę genową,
sir?

 

4.

Frytki ziemniaczane
najmniej kojarzą się
z kulinariami.
Tak jak i polityczna poprawność,
liberalne wartości
czy ekologia,
to pojęcie
dawno stało się geopolityczne.
Najbardziej odległym
politycznym skojarzeniem,
związanym z freetkami kartoflanymi,
może być Niezależna Białoruś
(trzeba odejść od bulbaszy w stronę politycznie bardziej poprawnych określeń).
Najkrótszym - Popcorn,
ten socjokulturowy moloch,
którego etymolodzy-Słowianie
starali się przeanalizować
przez bezdioptryjną soczewkę
dosłownego przekładu
jako fenomen prażonej kukurydzy.
Kartofle, kukurydza...
Dlaczego wszystkie globalne projekty społeczne
mają w swojej
zakodowanej nazwie
jakieś warzywo?
Czyżby nami naprawdę kierował Ogrodnik?

 

5.

Mam kumpla z wolnego miasta.
Jak każda ofiara globalizacji wydaje mi się
trochę niekonsekwentny.
Uważa, że świat jest sprawiedliwy.
Że prawo równowagi karmicznej
nie tylko zostało już wprowadzone,
ale i wcielone w życie,
etc.
Co sprawiedliwy, to świat sprawiedliwy.
Co prawo, to prawo jest
i funkcjonuje -
bez gadania.
Ale co za bullshit:
mój kumpel z fritauna
uważa,
że 25% free - to samo,
co i 25% freedom,
a nie na odwrót
(jeśli tylko 25 % braku wolności
to naprawdę - na odwrót).
To nie antyburżujski patos,
broń Boże!
I żaden ze mnie antyglobalista.
Po prostu nijak nie mieści mi się w głowie,
jak ten cały
fri dżez,
te wszystkie fritauny i frilansery,
djuti-friki-faki-korny,
kładą się na szalkach karmicznej wagi,
równo-wagi,
i jak to tak:
są za każdym razem różne,
a przeważa zawsze popcorn.
To znaczy, sztuka.
I zawsze jednakowo,
zawsze o 25%.
Z czego zbiera się ta stała ćwiartka fri?

 

6.

Jakoś mi się po raz kolejny
zachciało napisać powieść.
Tak sobie siadłem i myślę:
No, zacznę ją od jednej cudownej sceny,
podpatrzonej w narkotycznym śnie
i co?
No, będę kontynuować ją własnym łańcuchem pokarmowym
(bo to jednak - intymność, intryga, cudza bielizna, bla bla).
No, zakończę genialnym wybrykiem fonetycznym
(co jak co, ale na fonetyce zęby zjadłem).
Przypuśćmy, że nawet wymyślę kapitalny tytuł
(chociaż co prawda, od niego trzeba byłoby zacząć).
Dalej co?
Dalej co? -
pomyślałem
i postanowiłem
nie pisać
powieści...
po-wieści...
powieś-ci...

 

7.

Jedna moja znajoma pisze wiersze o Adamie.
Ciągle pisze o Adamie,
jakby to był jej bratanek, wujek czy jeszcze bóg wie kto.
Inna rozmawia z Bogiem.
Codziennie rozmawia z Bogiem
jak z rejonowym terapeutą.
Aż zazdroszczę:
skąd taka bliska znajomość?
Skąd zapanbractwo,
poklepywanie po plecach serafinów,
wyszukiwanie pcheł w anielskich skrzydłach,
wycieranie nosa prarodzicom.
Wycieranie, właśnie wycieranie,
a nie ucieranie
(czym przejmują się znajomi płci męskiej).
I z czasem już jest tak:
włączysz telewizor,
a tam - Piotr z Pawłem
gotują pilaw po uzbecku.
I okazuje się - wszyscy, którzy mieli przyjść,
już przyszli.
Bez oficjałki
i zapowiadania nadejścia.
Wszyscy przyszli, pozałatwiali sobie posadki,
pokupowali mieszkania,
spłodzili dzieci, pożenili się i co tam jeszcze.
Płacą podatki,
rozliczają się za usługi komunalne,
chodzą na wybory... strach.
Przecież obiecaliście -
mówię im.
A oni - ani dudu.
Niedawno taki jeden -
skrzydła z kaszmiru,
obroża na pchły,
identyfikator w klapie
z biblijnym imieniem,
wszystko jak należy -
mówi mi bezczelnie tak:
Swabodien!
I ja - nie uwierzycie -
poleciałem!
Niedużo,
jakieś kilka metrów,
ale tak wolno, tak swobodnie...
Jakby nie ten słup,
latałbym może do dziś.

Dziwne, wszystko już się dopełniło,
a słupy jeszcze stoją.

 

Jurij Izdryk
przełożyła Aneta Kamińska

Wstecz

literatura ukraińska, poezja ukraińska