* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3 (33)
         WRZESIEŃ 2008
         ISSN 1505-1676
literatura niemiecka, poezja niemiecka

o autorze
o tłumaczu
wstecz

Artur Becker

Wy tam, na Ziemi!

Wy tam, na Ziemi! Wy, małe szarlatany,
rozproszone na wszystkie strony świata,
wszędzie gdzie tylko buduje się miasta.

Wy tam, na Ziemi, fanatycy!
W swoich laboratoriach pracujecie nad dziełami,
które nie zasługują na żadną nazwę.
Gdyby was brać poważnie,
jesteście przecież niebezpieczni, trzeba by zawołać:
Mordercy i ofiary! Niegodziwcy i polegli!

Wy, zarozumialcy i ignoranci,
poczęci w bożym obłędzie:
czy myśmy potracili głowy, kiedy kładliśmy się spać
na nasze prycze więzienne, co to potem myśleliście,
że to wy je wymyśliliście, wy tam, na Ziemi?

Uchodźcy i wypędzeni!
Nie jesteście sami na tej naszej łyżce od herbaty,
którą wam podajemy codzienną dawkę lekarstwa:
waszą Ziemię wspierają łajdacy -
i wasz system słoneczny i waszą drogę mleczną też!
Wy, ogrodnicy amatorzy i twórcy religii,
algożercy i zebrojady, wy wywijacze!

Obojętne, czy przeobrazicie się w tysiąc kameleonów,
we flagi narodowe czy w nic zupełnie -
rozpoznamy was zawsze i wszędzie
po tym specyficznym zapachu pustyni,
dżungli i kopalń złota!

Ze swoimi książeczkami oszczędnościowymi i w podartych ubraniach
przechadzacie się po swoich żółwiach, jak byście byli na urlopie,
jakby słońce było księżycem, a księżyc - gwiazdą M 53!

Tchórze i władcy! Wy tam, na Ziemi! Wy, nieboszczycy -
wasze kieszenie od spodni są pełne strachów i terminów,
notatek, których sami nie jesteście już w stanie odczytać!

W trawach drzemią ślimaki i pająki,
których nazwiska wasze białe kitle
zbierają na listach bez końca,
na niekończących się szynach komputerów i ich płyt gramofonowych!

W lasach żyją muchy i komary,
miliardy, które zliczacie i katalogujecie
dla nienarodzonych.

Wy, fałszywi naśladowcy upojenia i perfekcji,
w której was co dzień na nowo stwarzamy
jako nasze kreatury i zabawki!

Co sobie samym czynicie i co wam się czyni
w waszych ukrytych rowach pełnych zwłok, tego już nie wypowiemy.

Wy tam, na Ziemi, pozwalacie sobie mówić o czymś,
co nie ma żadnego koloru, żadnej wagi, żadnych wymiarów -
o wszechświecie!

Do was zwracamy się w imieniu waszych zniekształconych twarzy
i tych córek i synów, które i których nazywacie swoimi.
W każdym z waszych domów światło gaśnie
i zapala się na nowo,
zapalane skamienilinami, atomami, antymaterią!

Wy tam, na Ziemi! Kiedy się wam oś waszej Ziemi skrzywi
jak złamany kręgosłup jaszczurki,
nikt nie zapyta w ciasnocie gwiezdnych promieni,
jak to się ogrzewaliście - pozwólcie, że my wam to powiemy,
my, którzy wiemy, jak pracują wasze serca: tu w piekle,
gdzie nie spadają kasztany
i gdzie tym zimnym gałęziom nie jest za ciężko,
by nadal je dźwigać.

 

Na ulicy Kopernika

Tam na ulicy Kopernika
Wychowałem się
Niczym gwiazdołap co z nieba ściąga
Najróżniejszy złom
Stare rakiety baterie słoneczne ramiona satelitów
Tam na ulicy Kopernika
Zakpopywano zwłoki
Gestapo i urzędnicy polskiej służby bezpieczeństwa
Którzy nigdy nie są w stanie odróżnić
Mieńszewika od bolszewika
Grali często w rugby
Kierowcy musieli godzinami ćwiczyć naciskanie klaksonów
Moja babcia stuletnia katoliczka
Klaskała z okna brawo brawo dalej dalej
Głośniej głośniej
Tam na ulicy Kopernika
Zefiryn Frankowski z Poznania
Prowadził pierwszy prawdziwy handel bronią
Marksista odda wszystko za darmo
Miał napisane na koszulce
Ten genialny facet musiał być moim dziadkiem
Tam na ulicy Kopernika
Była siedemsetletnia piwnica
Z tajemnymi przejściami masonów
Podłoga była z czerwonego kamienia
W zimie spały na niej szczury razem z bojownikami o prawa obywatelskie
Ale najbardziej lubiłem szarych kominiarzy
Przynosili z kosmosu drzewa iglaste i komary
W dużych pojemnikach z lodem
Wszystko było otoczone dom grządki w ogródkach dla ślimaków
Schody do piwnicy kończyły się w środku świata
Na ulicy Kopernika
Wisiały obrazy z moimi przodkami
Gdy miałem pięć lat spadła mi na głowę Matka Święta
Miała najcięższą dębową ramę
Do dziś pozostaję nieco zadziwiony
Siłą wiary
Tam na ulicy Kopernika
Zatrzymało się dla mnie słońce
Gdy po raz pierwszy zobaczyłem
Jak poczyna się dziecko
Konkretnie w telewizji na płaskim ekranie
Naciskając klawisz
Tam na ulicy Kopernika
Umarli muszą wstawać z martwych
Mówię sobie często
Te Szwejki i don Kichoty
Tak dawno się już z nimi nie widziałem
Na tej ulicy do upadłego ćwiczyłem Hamleta
To by brzmiało jak "omleta"
Ocenia Zefiryn Frankowski z pokoju w zaświatach
Tam na ulicy Kopernika
Plenią się nadal łąki i wybiegi
Dla nas trawojadów
Oto tam ogród bez cienia
W podwórzu
Zabłąkały się tam mrówki
Do śliw i marchewek
Przy pomocy lupy spoglądam pod skórę ziemi
Stale na czatach
Które kamienie śpiewają najczyściej
Uchodzą mi siły
Kiedy się zmniejszam
Ten wariat Guliwer zajmuje mnie cały czas
Tamtą ulicą nie jeżdżą żadne tramwaje
I nie ma żadnego postoju taksówek
Jeśli myślisz o wyjeździe

 

Artur Becker
przekład Michał Bukowski

Wstecz

literatura niemiecka, poezja niemiecka