* POBOCZA * OBROBJA * KRAJNICE * RUBOVI * POBOCZA * OBROBJA * KRAJNICE * RUBOVI * POBOCZA *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny   NR 1 (27)
   MARZEC 2007
   ISSN 1505-1676
literatura czeska, poezja czeska

o autorze
o tłumaczu
wstecz

Martin Skýpala

Cisza!

      Na początku była cisza. Cisza wszechogarniająca, cisza niepojęcie rozległa, cisza tak święta, że budziła trwogę.
      Powiedziałem ciszy, istniejesz i cisza się przestraszyła, ja jestem, tak ja jestem, zawsze to przeczuwałam i teraz mam niemal pewność, tylko jeszcze dla pewności zobaczę, jak się w sobie odzwierciedlam. Cisza chciała się zobaczyć i przekręciła się tak, że pękła. Dźwięk tego pęknięcia rozbrzmiał następnie w przekręconej ciszy i zaczął śpiewać.
      Na początku była cisza, z której swoim strachem wyłamałem ton.

 

Wiosną

      Wiosną, kiedy z martwych wstajemy. Zsiniałe twarze do teraz jeszcze pękają oklaskami mrozu.
      Kiedy umieramy, szukamy wzrokiem punktów zaczepienia i dłonie przywykają do gładzenia szorstkich powierzchni. Wiosną jesteśmy zawsze zbyt młodzi, ziemia odwraca się z powrotem, jeszcze ujrzy słońce lecz już czesze sobie włosy, o tyle inna niż my i tak straszliwie odległa.
      Może się uśmiechamy ale to tylko dlatego, żeby nas nie wynieśli do zimy. Może się śmiejemy ale to tylko dlatego, żeby nas nie wypędzili do innego kraju. Wiosną usta same otwierają się do modlitwy lecz wiosenne słońce jeszcze nie sprzyja tym słowom.
      Wiosną rodzą się kolory.

 

Dno

Zasnę i obudzę się w akademiku bez dyktafonu
czekam kiedy wrócą ptaki wędrowne
z Ołomuńca, Polski, Lizbony
portier pyta czyj jest ten szczur w pokoju
i ja nie wiem czyj jestem
może drogi z knajpy
drogi z akademika do akademika
powrotu do onanizmu koło przejeżdżającego pociągu
chodzenia potokiem marca
(jestem Marcel)
tej gry

 

1. Maja

Wszystkie kolory, maszyny i ludzie
grają hymn trzymam dwa baloniki
grzeczny jak zawsze, kiedy rozrabiam
jest Święto Pracy pan dyrektor przemawia
dla koleżanek szkolnych Bóg i hymn jest śmieszny

Potem zacznie się deszcz
tłum tłoczy się na suchej połowie mostu
moja matka idzie przez rzekę
i kapela gra krok za krokiem
naszego wspólnego dzieciństwa
Marsz, emeryci!

 

W głębi

                  Jiřímu Staňkovi

Światło jest odpisane z kamienia
dlatego są wiadomości telewizyjne
żeby wiatr wiedział kędy wieje
rosa opłakuje zaprawę i cement
lecz ten jest sztywny i parszywy

Nie uświadamia sobie
ponieważ nie ma świadomości
sterczy w przestrzeń jak kawał szmaty
przebity zardzewiałym szkieletem drutu
obnażony do niepogody
i tleje nad jeziorem
z głęboką zimną wodą
która odkrywa cegły na jego dnie
i walkę, która przebiega w głębi.

 

Brzuch i śnienie

Nie zagadał do niej
może dopiero po następnej szklance
zawekował tę miłość w butelce
razem ze swoją wolnością
czas spływał z ruletką
lecz przychodzące z odchodzącym jakoś nie zdążyło się dogadać

Krew spływała kroplami do łona
i ścinała się w ogłuszających uderzeniach tętna
pozbawionego horyzontu, granic i świata
i tylko dotknięcie i odległe głosy szumiały wokół
przez prześwietloną różową skórę
którą przecinały błyski ciemności i ciszy
i było to jak kiedy nie ma

niczego oprócz brzucha i śnienia

 

Sady

Łomoczące żelaza
na trasie czułości
błyszcząco niebieski wrak
sztuki łowców
obłoki kwitnących drzew
witanie sidłami tęczy i zorzy
i czułe odkrycia kwiatów

I hordy Świadków Jehowy
niech kraczą, żeśmy byli
wcześniej zanim nas wysuszyli
i kierunkami są barierki-

Tobie karnawał.

 

Ja, ziemia w szeleszczących ulicach

Ja, ziemia w szeleszczących ulicach
ten szelest, ta cisza w odłożonych łopatach
te kraty, te ścieżki dla pieszych

To miasto na głowie bezgłowej Europy
ta wyspa bez wyjść i powrotów
te rzeczy znalezione i zguby na Victoria Coach Station
szeleszczące miotły miejscowych murzynów

Ty i ja dwaj zagubieni (nareszcie odnalezieni)
ty i ja dwie muszle wyrzucone na ten sam brzeg
bez kraba pustelnika
bez czerwonych skrzynek pocztowych
(i bez czerwonych krwinek)

Oni, strach narzekanie i zaparowane okna
oni, znów i znów wszystko wyjaśnić
oni, pęta (myśli zakłócają sygnał)

Ja, ziemia w szeleszczących ulicach.

 

Nieskończona

Jestem zmęczony, zmęczony jak wierzba
moje serce jest latarnią przydrożną
klucze, które zardzewiały w mych zamkach
skrzypią i szeleszczą i nie otworzą niczego

I daremnie mnie przekonujesz
Że śmierć byłaby łatwa
I ja, tylko człowiek, że jestem zbyt słaby
Żeby się wyrwać z tego uścisku

Na grobie chcę anioła z łopatą.

 

Martin Skýpala
przekład z języka czeskiego Franciszek Nastulczyk

Wstecz

literatura czeska, poezja czeska