Dragan Bošković
BLOKOWISKA
z perspektywy czosnku
Niemiłe trwanie w mig się zaczyna:
Ku ziemi lecą domki z kart
w nekrologi przyzwyczajeń i ludzi.
Z dachów podrywają się papierowe latawce
uliczne lampy uchylają im kapelusza.
Szczęście rozbite na błahe fakty
w oczach odmierzonego cienia i nocy.
Zegary krążą po ścianach, liście po drzewach
wśród puszek poniewierają się rozbudzone deszcze:
czosnek samobójca leci z czwartego piętra.
BLOKOWISKA
z perspektywy mojej matki
Wiatr wieje przez zamknięte bramy
trzęsie tramwaj w znoszonym płaszczu
papier tańczy walca na przystanku
kopciuszek wypadł z dyni na drogę:
dzień wcisnął zmarznięte palce
w chmury podbite futrem.
Ulicą Nehrua ciągną gesty i słowa
zgrabiona postać przeszukuje kontenery
otwarte sny i otwarte kolory.
W metonimii wysokich obcasów ukrywa się dziewczyna
suche liście wpadają do piwnicy
żeby zagrzać posłanie dla nowego przyjaciela.
Na panoramę przeszklonego miasta
zaciągam zasłonę spraną zapomnieniem:
tylko moja matka karmi mewy uśmiechami
żeby z południa przyniosły jej chleba i soli.
PRZEDMIEŚCIE
bez perspektyw
Dzisiaj wieczorem wyobraźnię opuszczają kłamstwa
rękawiczki drwią sobie z rozcierania rąk
słowa kapią z głowy wprost w usta
w uszach obrazy, we włosach pierścienie.
Ślady skrzydeł - błoga przeszłość
złamana forma - rozcięta warga
kręgi światła, kręgi światła
w eliptycznej opowieści aureola i klątwa.
Dzisiaj wieczorem aniołowie się nie poznają.
OSIEDLE CYNAMONOWE
z perspektywy przysadzistej kobiety
W oknie przysadzista kobieta apatyczna niczym wrona.
Spóźniony wiatr zakrada się przez dziurkę od klucza
w oczy wieje mu piasek.
Spocone czasowniki, liczebni śmiertelnicy
pod oficerskim mundurem szklanka wody.
Szczyty wieżowców kroją powojenne dni
w duże pajdy na bajeczną ucztę.
Ku słońcu uśmiechnięty zaskroniec
ogonem kreśli imię cynamonowe:
BRUNO SCHULZ.
W oknie przysadzista kobieta apatyczna niczym wrona.
CENTRUM MIASTA
z naszej perspektywy
Stoimy w centrum miasta
w którym ostatecznie zanika sens
i tylko po to żeby wam pokazać oglądamy
rozbite słońce
przez czterdzieści siedem godzin zawieszone na niebie
wymykające się kalendarzowi
Widzimy cerkiewne dzwonnice
Zaostrzone w chmurach-strugaczkach
mieszkania zabezpieczone kłódkami
naszych sobowtórów
rozmawiających ze sobą
Widzimy też mewę
skrzydła upstrzone czerwonym lakierem samochodowym
je śniadanie na wysypisku
potem wciska łepek pod studzienkę
na przekór spragnionej ziemi:
chlip chlap chlip chlap chlip chlip chlip
Dragan Bošković przekład Agnieszka Łasek
|