POBOCZA 10 - Kwartalnik Literacko - Artystyczny   NR 4 (10)
   PAŹDZIERNIK 2002
   ISSN 1505-1676
przedmowa
o tłumaczu
powrót

















































































































































































Georg Heym

Cóż to jest? ciemność?

"Cóż to jest? Ciemność? Jak ciężka duchota!
Gdzie jestem?" Błądzą trwożne palce ślepo
W mokrej pościeli i macają wieko
Zimnego sarkofagu w podziemiu grobowca.

"Czym pogrzebany? Czyżbym się nie zbudził?"
Dźwiga ramiona blady z przerażenia.
Daremnie. Wieko ma ciężar kamienia.
Na powrót pada i drętwieje w głuszy

W obłędnej grozie. Podnosi się, woła:
"Pomocy. Ja się duszę. Ach, pomocy."
Jak grzmotem wzrusza się ziemi opoka.

Trzyma się mocno trumiennego wieka.
Oddech się ciężko jak przez glinę toczy.
Upada. Kamień mu do ust się wdziera.

Berlin III

Pociąg przystanął chwilę na zwrotnicy.
Do ucha dobiegł jakiś ton nieśmiały.
Od ścian starego domu zadźwięczały
Wysokie zawodzenia trojga skrzypiec.

Trzech mężczyzn cicho na podwórzu grało,
Ich peleryny były mokre w deszczu.
Na oku jeden miał przepaskę ślepców.
Ciekawe dzieci stanęły wokoło.

Tymczasem w oknie niskim na poddaszu
Stary mężczyzna patrzył w chmur zagony,
Co się gwałtownie niebem przewalały.

Pociąg zajechał. Do hali dworcowej
Wpadliśmy spiesznie, wrzącej od hałasu
Wieczornej metropolii, tumultu i wrzawy.

Wieś

Z wysokich okien organy rozbrzmiały
Na cmentarzyku, kędy chodzi ksiądz
I na rabaty kwietne kładzie dłoń,
Strącając liście zwiędłe i owady.

Ulica pusta jest w wieczornym świetle.
Domy są nieme. Lecz spływa już złotem
Kasztan, barwami jesieni powrotnej,
Czerwienią, brązem, i innymi jeszcze.

Wycinek pól się dłuży w kraniec siny.
Mrocznieją już, gdzie w dali las widnieje.
Skraj jego blady miesza się z powietrzem.
Tak blady już, jak w smętnej porze zimy.

Organy milczą. Na kościelnej wieży
Zabłysnął kurek. Wielkie słoneczniki
Jaśnieją koło muru, z liściem żółtosinym.
Wystygły kurz je żywi, co na grobach leży.

Umbra vitae

Wszystko jest puste, jest maską pośmiertną,
Która się tłucze i nic nie ma w środku.
Ni tchu, ni krwi, czerepy tylko dźwięczą.
I wielki pająk przędzie nić stokrotną.

Głuche jak lochy biegną korytarze,
Wędrowiec próżno szuka zbawczej lampy,
I tylko z góry zamajaczy czasem
W ponurej ciszy promyk światła blady.

I coraz ciemniej miasta napierają,
Pełne izb niskich i komórek ciasnych.
I nieba śmierci pochmurną nawałą
Wiszą wokoło krańców ulic martwych.

Głuchy i stojąc w zbutwiałym powietrzu
Kurczy się świat, co grobów już nie mieści,
Wsparte o groby leżą ciemne wieńce
Od tych, co przyszli tu pełni boleści.

Tutaj na klombie były kiedyś kwiaty,
Co zwiędły potem, bo ich czas pomarniał.
Za nimi pola, gdzie poschnęły trawy,
I wiatry na nich uwiły swe gniazda.

Opustoszałe mosty widać w dali
I rzeka płynie do późnego kresu.
Rybak sieć ciągnie w kierunku przystani,
Co dawno stoi na umarłym brzegu.

TANCERKA W GEMMIE

Zamknięta dawno w okrągłym kamieniu
Z żałobnym drzewem i rzadką gałęzią,
Jeszcze owija wokół szyi welon
I kroczy w lekkim tańcu, w cichym święcie.

Wciąż dalej, gdzie już bogowie pomarli,
Nad wyspy, wokół których się rozciąga
Ogromne morze pod sennym obłokiem,
A o brzeg bije fala bełkocząca.

Kiedyś tu szedł Orfeusz. Czuła jego kroki
Wąwozem w dół idące ku cichej przestrzeni,
Gdzie leżała w sitowiu wraz z wełnistą trzodą.
Lecz tylko w dali rozbrzmiewał flet boga

Nad szmaragdową ciszą martwych pastwisk,
Co tak samotnie śpiewał swoje smutki
Szarym sklepieniom i niósł się na łąki,
Gdzie leżały zwierzęta z opuszczonym rogiem.

Ogród

Usta ma mokre. Jak u ryb szerokie,
Świecą czerwono w ogrodzie zamarłym.
Stopę ma gładką i stopy milowe.
Wiatry wzlatują z fałdów jego szaty.

Chce objąć Boga, co jak srebro cienki
Pod nim się słania. Kładzie mu na plecy
Palce ogromne jak włochate szpony.
Oczy miotają ukośne płomienie.

Cienie przechodzą, światła, księżyc czasem.
Szmery listowia. Z głębi nocy ciepłej
Szemrzące krople. A w dole brzmią rogi
Straży idącej miastem w żółtym świetle.

Noc

Zawisły nisko szare chmury nieba,
W nich krótki, żółty błysk, upiorny,
Błądzi i znika, obok wzdłuż wybrzeża
Rząd starych domów, krzywych, stromych,

Smutno się chyli. I wciąż szumi deszcz
W ulicach pustych i krętych zaułkach.
Daleko w mroku głosy. - Cisza głucha.
I tylko szumi wciąż i szumi gęsty deszcz.

Nad wodą, w świetle mokrych lamp ulicznych,
Ktoś szybkim krokiem czasem jeszcze przemknie,
W ulewie, ze wciśniętym kapeluszem.

I parę rozsypanych światełek, nielicznych,
Wśród ciemnych domów. A prąd płynie wiecznie
W dole pod mostem, dalej w mroczną głuszę.

Cieniste smugi dachów...

Cieniste smugi dachów, zatracony
Krzyk ptaka gdzieś w przestrzeni smutnej.
Uleciał w górę w płową noc.
Podwórza są samotne, dziwnie puste.

I okno się zamyka. Lecą słowa skąpe
I przewiewają. Słychać długie kroki,
Szept matowego echa mur przenika.
I długa bolesnych rozmyślań godzina.

Gdzieś północ bije pogłosem blaszanym
Przez ściany w głębię sennych domów.
I deszcz zacina skośnymi palcami
Z rozpaczy w czarne szyby po kryjomu.

Georg Heym
Przekład z niemieckiego: Andrzej Lam

Wstecz